sobota, 31 października 2015
Nowe menu
Najświeżsiejszy news. Udało nam się zdobyć nowe menu, które będzie obowiązywało urzędników MSZ (szczególnie ministra) podczas przyjmowania gości w restauracji. Zupa z wody i ziemniaków (minister musi ją robić sam, bo żadna restauracja tego nie serwuje), na drugie placki ziemniaczane polane sosem z torebki Knorr (wykluczony sos myśliwski!), na deser te same placki posypane cukrem. Zamiast wódki z ziemniaków (bo nazywa się "Luksusowa") można podać żytnią.
środa, 28 października 2015
Wybory sfałszowane? Winne chińskie kalkulatory
Najświeżsiejszy news. Wybory mogły zostać sfałszowane! Po krótkim śledztwie okazało się, że 97,8 procent kalkulatorów, jakimi posługiwały się komisje wyborcze przy liczeniu głosów, została wyprodukowana w Chinach.
poniedziałek, 12 października 2015
"Uległość" jak upadłość
A więc skończyłem czytać „Uległość” Michela Houellebecqa http://lubimyczytac.pl/ksiazka/249839/uleglosc. Ponieważ Pewna Pani, Tłumaczka, @Beata Geppert poprosiła mnie, żebym coś napisał, to piszę. Lektura ważna. Lektura przygnębiająca. Przygnębiająco realna, choć nierealna, bo to przecież political fiction. W ciągu pięciu-dziesięciu lat jeszcze wiele się może zmienić… Właśnie. A może zmieni się właśnie tak, jak to sobie wymyślił Houellebecq? Wymyślił Francję, a w zasadzie Zachodnią Europę, powoli przechodzącą we władanie wyznawców Islamu, powoli godzącą się na zburzenie, a właściwie nieuniknioną korozję swoich trzech fundamentów – Liberté, égalité, fraternité. Zamiast Wolności, Równości i Braterstwa dostajemy patriarchat, edukację podporządkowaną religii, rozszerzenie UE o państwa basenu Morza Śródziemnego i… Spokój, Porządek (znaczne zmniejszenie przestępczości), Uległość. Główny bohater, profesor literatury na paryskiej Sorbonie III, specjalista od mało znanego u nas (postać autentyczna) pisarza Jorisa-Karla Huysmansa jest raz postacią z krwi i kości, a raz Jedną Wielką Metaforą. Metaforą Uległości, Bierności, Dekadencji, Marazmu, Beznadzei, Bezsensu. Bo jaki normalny człowiek jedzie na stację benzynową, na której zastaje ślady walki, trupy z pistoletami maszynowymi, i spokojnie bierze z półki jakiś baton, próbuje nalać sobie paliwo, co mu się nie udaje, po czym spokojnie odjeżdża?! Nie dzwoni na policję, nie próbuje choćby podzielić się z innymi tym niezwykłym obrazkiem? Jaki człowiek zachowuje zimną krew i rozważa symbolikę średniowiecznej figurki Madonny w sytuacji gdy nie nadaje żadna stacja radiowa i telewizyjna i wiele wskazuje na to, że w kraju rozpoczyna się wojna domowa? Bohater od pierwszej do ostatniej strony snuje metafizyczne rozważania na temat sensu życia, sensu zachodniej cywilizacji, sensu Chrześcijaństwa opartego na miłosierdziu (niektóre spostrzeżenia są zresztą trywialne jak na profesora Sorbony), które to rozważania prowadzą do jedynego logicznego finału. Tutaj autor nie zaskakuje (finału nie zdradzę).
Osobiście protestuję przeciwko przypisywaniu pisarzowi poglądów wyrażonych w jakimś konkretnym jego dziele, ale jeśli by uznać Houellebecqa za naszą XXI-wieczną Kasandrę, to nie można mu zarzucić islamofobii. Jeśli już, to frankofobię, euro-fobię. Powtarzające się aluzje do upadku Cesarstwa Rzymskiego, choć przecież nie oryginalne, to akurat w tej powieści zatrważająco adekwatne. Każda Wielka Cywilizacja kiedyś upadała, więc nasza zachodnioeuropejska też może. Ale czy stanie się to za naszego życia, a właściwie w ciągu 10 lat, jak wieszczy Houellebecq? Co więcej, dalej mają pójść Chiny i Indie. Islam albo zwycięży na całym świecie, albo upadnie. Podobnie jak uważał Trocki, w przeciwieństwie do Stalina - komunizm albo ogarnie cały świat, albo przegra. Trocki miał rację.
Tłumaczenie wyśmienite niczym królik duszony w śmietanie z pieczarkami, z nutką rozmarynu i pieprzu ziołowego. Znajomość języka to jedno (a pracy było sporo, bo część cytowanej w powieści poezji oraz książek nie ma polskich tłumaczeń), ale znajomość Paryża, gdzie dzieje się większość akcji – drugie. Szacunek.
sobota, 19 września 2015
Jednolity system zasiłków dla uchodźców
Matematyczna próba rozdzielania uchodźców na poszczególne kraje przegłosowana w czwartek przez Parlament Europejski to utopijny pomysł, a wałkowany był od miesiąca. Pewnie to nie koniec, bo rezolucję przyjdzie teraz wdrażać, a utopii jak wiadomo zrealizować nie sposób. Tymczasem wystarczy wprowadzić jednolity europejski system zasiłków wypłacanych z budżetu UE a nie z budżetów poszczególnych krajów, jak teraz, i sprawa się ureguluje automatycznie. Na przykład jeśli uchodźca w Polsce dostanie na utrzymanie 500 euro miesięcznie, w Bułgarii 450 euro, a w Niemczech i Francji 800 euro, to wkrótce proporcje tych, którzy wybierają starą Europę a nową będą lepsze niż dziś. Proste, łatwe, logiczne, ekonomiczne. Migranci od zawsze głosowali nogami i ani druty kolczaste ani kwoty narzucone przez Komisję Europejską niewiele dadzą. Jednocześnie trzeba wprowadzić zakaz jakiejkolwiek innej pomocy ze środków publicznych niezatwierdzonej przez UE, na podobnej zasadzie jak traktuje się pomoc dla podmiotów gospodarczych. Ostatecznie można nawet wprowadzić specjalny fundusz na ten cel. Państwa członkowskie wpłacałyby proporcjonalnie składki, choć obawiam się, że stworzyłoby to niepotrzebne biurokratyczne problemy, dyskusje i sam pomysł Funduszu Migracyjnego wałkowany byłby przez kolejne miesiące.
Przeciwnicy takiego pomysłu powiedzą, że to nic nie da, bo jak Syryjczyk ma rodzinę i znajomych w Niemczech czy Szwecji, to i tak tam pojedzie. Pewnie tak, w pierwszych miesiącach. Ale im dłużej system by się utrzymywał, tym więcej Syryjczyków miałoby rodziny i znajomych w Polsce, Słowacji i Litwie. Poza tym proporcje zasiłków można co jakiś czas korygować, jeśli by się okazało, że np. Polskę zaczyna wybierać zbyt wielu uchodźców niż założyliśmy.
Dziwię się, że jeszcze nikt nie podjął dyskusji na ten temat, za to prowadzona jest debata, która niewiele wniesie, za to grozi trudnymi do usunięcia podziałami wewnątrz UE.
czwartek, 3 września 2015
Przyjąć to jedno, ale co dalej?
Długo nie zabierałem głosu na temat problemu fali uchodźców, bo zwyczajnie próbowałem wyrobić sobie zdanie, a sytuacja zmieniała się dramatycznie z dnia na dzień. Po pierwsze, trudno nie zgodzić się z głęboko humanitarnymi, chrześcijańskimi postawami (Bogdan Białek) – głodnego nakarmić, spragnionego napoić, zmarzniętego ogrzać, uchodźcę ugościć. Podpisuję się pod tym wszystkimi czterema kończynami. Tak, jak powiedział dziś w TOK FM Kraśko – w Polsce żyjemy w raju w porównaniu z większością krajów afrykańskich i wieloma jeszcze innymi na świecie. Ale nie sposób nie zauważyć i drugiej strony medalu – tego, co się dzieje we Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech, które od lat przyjmują emigrantów z krajów muzułmańskich. Szariackie patrole na ulicach, getta oderwane od lokalnej społeczności i kultury kraju, w którym się znajdują, łamanie miejscowego, krajowego i unijnego prawa poprzez wprowadzanie zwyczajów sprzecznych z naszą kulturą (ustawione małżeństwa, rytualne morderstwa, przemoc domowa, unikanie publicznej edukacji dzieci). Nie sposób też nie zauważyć jeszcze jednego faktu – większość krwawych zamachów terrorystycznych w Europie dokonali muzułmanie już urodzeni w Europie, którzy zradykalizowali się tutaj, pod naszym nosem. I w tyle głowy kołacze się obawa, że o ile nie zagrozi mi ten biedny obdarty uchodźca, który ryzykując życie przedarł się do mojego kraju, to może jego syn za lat 20-30 wysadzi się w powietrze, zabijając moje dzieci, wnuki? Odpowiedzią na te wszystkie wątpliwości jest mądra polityka wobec nieuchronnej fali emigrantów/uchodźców, która dotrze i do Polski. Unikajmy błędówh Brytyjczyków i Francuzów, uczmy się od Skandynawów i Niemców. Po pierwsze, skuteczne i konsekwentne egzekwowanie prawa od każdego. Obowiązek szkolny nie może być ignorowany, tak jak to się dzieje np. w Wielkiej Brytanii, gdzie w rodzinach pakistańskich dziewczynki kończą edukację na I, II klasie a państwo przymyka na to oko. Nie możemy tolerować radykalnych imamów w imię wolności słowa, skoro mamy w kodeksie karnym odpowiednie zapisy o karach za sianie nienawiści i wzywanie do przestępstw na tle rasowym i religijnym. Nie możemy tworzyć osiedli darmowych mieszkań dla emigrantów jak we Francji, bo szybko przekształcają się one w ekonomiczne getto, a zaraz potem rodzą się tam religijni ekstremiści i fanatycy. Obecnie zalążków jakiejś mądrej polityki emigracyjnej niestety w Polsce nie widzę. Są tylko skrajne komentarze – od „brudasy won”, do „każdemu należy się miejsce na ziemi i mamy moralny obowiązek przyjmować każdego”. Przyjąć to jedno, ale co dalej?
wtorek, 18 sierpnia 2015
Referendum jak ankieta, same dylematy
Niestety, z referendum ogłoszonym na 6 września 2015 jest tak jak z wszelkimi ankietami, na które nie znoszę odpowiadać. Wymagają one bowiem ode mnie prostej odpowiedzi (tak, nie), na skomplikowane problemy. W efekcie na większość tak postawionych pytań nie potrafię odpowiedzieć. Konkretnie:
1. „Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej?”.
I tak, i nie. W pytaniu nie ma mowy, czy w JOW-ach będzie jedna tura głosowania czy dwie, a to dla mnie zasadnicza sprawa. Gdyby była druga tura, w której wybieramy już tylko między dwoma kandydatami, może odpowiedziałbym "tak". Jest bowiem realne niebezpieczeństwo, że w przypadku jednej tury głosy rozłożą się między rozsądnych kandydatów a oszołomów i nie wygra najlepszy.
2. „Czy jest Pani/Pan za utrzymaniem dotychczasowego sposobu finansowania partii politycznych z budżetu państwa?”.
Tu jeszcze większa zagwozdka. Bo odpowiadając "tak" godzę się, że obecny system, który ma swoje wady, zostanie zastąpiony jeszcze gorszym, na przykład jakimkolwiek brakiem finansowania i kontroli. A więc "nie". Jeżeli dostałbym alternatywę, że partia polityczna będzie finansowane z corocznego dobrowolnego odpisu od PIT swoich zwolenników, jestem jak najbardziej na "tak". Ale referendum takiej pewności mi nie daje.
Z pewnością mogę tylko odpowiedzieć "tak" na:
3. „Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem zasady ogólnej rozstrzygania wątpliwości co do wykładni przepisów prawa podatkowego na korzyść podatnika?”.
Ale jest to pytanie w stylu "czy chcesz być zdrowy czy chory" i jakoś nie godzi się tylko po to marnować czasu i pieniędzy podatników...
sobota, 31 stycznia 2015
Sportowo narodowa patologia
Do niedawna obecność w reprezentacji ludzi nie urodzonych w danym kraju była wyjątkiem. Gdy staje się to większością, jest to chore, patologia. Czas zmienić reguły. Dzisiaj obowiązuje jedna - zawodnik może zmienić narodowość tylko raz w życiu. Trzeba jeszcze wprowadzić inną, np. liczba graczy nie urodzonych w danym kraju w reprezentacji narodowej nie może przekraczać 10 proc.
środa, 28 stycznia 2015
Putin gra w destabilizację. I wygrywa
Mam przykrą niestety konstatację. Jak na razie Putin w stosunku do Ukrainy realizuje swoje najważniejsze cele - Ukraina nie może przystąpić ani do UE, ani do NATO, nawet jakby poparło to w referendum 90 proc. głosujących. Z prostej przyczyny - toczących się walk na wschodzie i co za tym idzie nieuregulowanych granic, nie zapominając o Krymie. Pamiętajmy o Bliskim Wschodzie czy Kurdystanie. Odpowiednio podniecane takie konflikty mogą się ciągnąć dziesiątki lat. I chyba na tym gra Putin. Nie chodzi o przywrócenie Marce Rosji jakiegokolwiek terytorium, ale o sabotowanie prozachodnich aspiracji Ukrainy.
środa, 7 stycznia 2015
"Potępiamy" to już za mało
Wywiad w TokFM z Aleksandrem Smolarem, mądry jak zwykle, ale jedno zdanie - powtarzane jak mantra przez niemal wszystkich komentatorów - mnie wkurza. Ci terroryści to ekstrema, "margines, który nie ma nic wspólnego z muzułmańską większością". Owszem, margines tak, ale "nie ma nic wspólnego"? Wyznawcy islamu muszą poważnie w końcu zastanowić się, jak to jest, że to właśnie z tej religii pochodzi najwięcej światowych terrorystów, dokonujących najgorszych, najbardziej krwawych zamachów nie tylko przeciwko chrześcijanom, ale i wszystkim innym "niewiernym", a nawet innym muzułmanom. Muszą podjąć jakieś konkretne kroki. Samo "potępiamy" to za mało.
sobota, 15 listopada 2014
Jutro do urn, bez obrazy
Plakaty wyborcze z bykami ortograficznymi, debilne spoty wideo i radiowe, grafomańskie wierszyki i piosenki-agitki, atakowanie przeciwnika zamiast przedstawienia własnego programu, nijakość kampanii wyborczej, czasami nawet chamskie numery kandydatów - to wszystko nie może nas zniechęcić do udziału w wyborach. O take Polske, o take demokracje żeśmy walczyli, to z niej korzystajmy! Jutro do urn!
czwartek, 6 listopada 2014
Powszechne opłaty środowiskowe?
W dyskusji o odnawialnych źródłach energii (szczególnie mikroźródłach np. dla domów jednorodzinnych) pomijany jest jeden fakt. Przeciwnicy z lubością wyliczają koszty budowy i eksploatacji wiatraków, solarów, minielektrowni wodnych i na biogaz i wychodzi, że w stosunku do oszczędności energii to się nie opłaca. Ale pomijają jeden fakt. Przez te 150 lat, zanim inwestycja się zwróci, ten dom (jego mieszkańcy) będą znacznie mniej zanieczyszczać środowisko naturalne. Gdyby wprowadzić powszechne opłaty "za korzystanie ze środowiska", dla wszystkich mieszkańców analogicznie jak to się nalicza firmom, okazałoby się, że alternatywne źródła energii są jednak opłacalne. Palisz w domu gazem/węglem/olejem/prądem - płacisz za korzystanie ze środowiska.
niedziela, 1 grudnia 2013
NFZ i ZUS, wersja amerykańska
Z innej strony kuli ziemskiej - USA. Jak ktoś jeszcze będzie narzekać na informatyzację ZUS czy NFZ, niech się pocieszy. Strona internetowa amerykańskiej powszechnej ubezpieczalni zdrowia tzw. Obamacare zawiesiła się jakiś miesiąc temu, zaraz po uruchomieniu. Jak się odwiesiła, to dane wielu pacjentów:
- nie mogły się przesłać do firm ubezpieczeniowych
- były zdublowane
- zniknęły, poza imieniem i nazwiskiem.
Na dziś zapowiedziano ponowne uruchomienie podstawowych funkcji, ale możliwość rejestrowania pracowników małych firm przesunięto o... rok.
niedziela, 20 października 2013
Kraj bez marki
Dobre regionalne marki (Grecja - feta, Francja - szampan i koniak, Czechy Budweiser) - najpierw podbiły świat, a potem wywalczyły status "produktu regionalnego", bronią nazwy itp. My próbujemy odwrotnie - najpierw rejestrujemy oscypki, śliwowice i inne marmelady kaszubskie, a potem mamy nadzieję, że podbiją świat. Mam obawy, że świat się może nie poznać. Niestety. A to co mieliśmy, zmarnowaliśmy (Wyborowa). To takie polskie.
piątek, 4 października 2013
Nadeszły nowe, ku...a, czasy
Była kiedyś taka redakcja, w której:
*** 1. Dziennikarzy od działu sprzedaży oddzielał chiński mur. Żadna ze stron nie mogła go przekraczać
*** 2. Dziennikarze mieli ZAKAZ pisania jakichkolwiek tekstów reklamowych dla kogokolwiek, zarówno pod nazwiskiem, pseudonimem jak i bez podpisu
*** 3. Dziennikarzom ekonomicznym nie wolno było grać na giełdzie papierów wartościowych (mogli trzymać akcje, ale nie spekulować)
*** 4. Dziennikarzom nie wolno było rozmawiać podczas wywiadów na temat ogłoszeń w gazecie, wkładek płatnych i innych form reklamy.
Ale nadeszły "nowe czasy i reguły".
Tu link
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Porąbany sen stłumiony w zarodku, zanim wybuchł
Śniły mi się dzisiaj wędrujące zarodki. Szły sobie, szły w kierunku Niemiec, ale nie doszły, bo nagle wszystko znienacka spowiła gęsta mgła. Mgła się jednak rozwiała, bo przeleciał nad nią olbrzymi samolot. Leciał tak nisko, że niemal nie zahaczył skrzydłem o brzozę, ale w tym momencie na jego pokładzie wybuchły dwie bomby. Samolot jednak cudem jakimś wylądował i wysiadło z niego dwóch talibów. Jeden zapytał: - Czy to już Klewki? Ale odpowiedzi nie usłyszał, bo ten drugi zaczął go okładać flagą Unii Europejskiej. Pierwszy talib zaczął się bronić, okładając drugiego flagą Polski, bo każdy z nich uważał, że jego flaga jest ważniejsza. Ich walka była jednak bezpłodna, można powiedzieć jałowa, bo tworzyli związek jednopłciowy, co wypominała im jakaś specjalistka, starsza, niezbyt ponętna, za to wygadana. A czuć było od niej bimber na kilometr, tym bardziej, że się zataczała. - Ja wcale nie piłam, tylko taki nastrój zmęczony u mnie, noga-goleń mnie boli, i szto to takoje, oj tam, oj tam - wybełkotała i odeszła. I się obudziłem. Ale porąbany sen, dobrze że wracam do rzeczywistości.
wtorek, 2 kwietnia 2013
Zlikwidować opiekę nocną
Obserwując to, co się dzieje z świąteczną i nocną opieką medyczną mam radykalne, ale moim zdaniem rozsądne rozwiązanie. Trzeba całkowicie zrezygnować z opieki nocnej, pozostawiając świąteczną. W obecnym kształcie opieka nocna często jest albo fikcją, albo kosztowną fanaberią, a w dodatku generuje niebezpieczne dla życia i zdrowia sytuacje.
Wiele lat pisałem artykuły o służbie zdrowia, a jako pacjent korzystałem z pogotowia, oddziału ratunkowego i pomocy świątecznej. Ale z nocnej – nigdy. Bo czym ta pomoc – z punktu widzenia pacjenta – jest? Ma go leczyć w godzinach 19 – 6. Po co? Jeśli ktoś się źle poczuje, coś go zaboli, ale jest to ból do zniesienia, to weźmie sobie tabletkę i do rana wytrzyma. Tym łatwiej, że są całodobowe apteki. A jak ktoś jest w gorszym stanie, to powinien skorzystać z pogotowia, bo żartów nie ma. Wahanie się między pogotowiem a wizytą lekarza „nocnego” może skończyć się nawet śmiercią, o czym ostatnio głośno. Po likwidacji pomocy nocnej takich wątpliwych sytuacji po prostu by nie było.
Co innego pomoc świąteczna. Nawet z średnim bólem czy małą dolegliwością trudno czekać dwa, trzy, cztery dni aż do otwarcia przychodni. I ta powinna funkcjonować tak jak obecnie.
wtorek, 2 października 2012
Hiszpan bezrobotny, ale czy biedny?
Bezrobocie w Hiszpanii bije rekordy. Najwyższe w UE - 24,6 proc., przy czym dotyczy głównie młodych. A np. w Austrii - ok. 5 proc., w wielu innych krajach UE też poniżej 10 proc. Nigdy nie byłem w Hiszpanii, ale tak na chłopski rozum - skoro od lat ten kraj ma rekordowe bezrobocie, a teraz jest coraz bardziej rekordowe, a wystarczy przejechać kilkaset kilometrów aby legalnie dostać pracę gdzie indziej, to wniosek jest prosty - tym bezrobotnym Hiszpanom bieda jeszcze tak bardzo nie doskwiera, żeby się nad nimi specjalnie litować. Wolę litować się nad Polakiem, który zapieprza na śmieciowej umowie lub i bez niej, żeby zapewnić sobie byt i swojej rodzinie i ledwie wiąże koniec z końcem. Takie to anty-solidarnościowe myślenie mnie naszło.
poniedziałek, 16 lipca 2012
Upadek dziennikarstwa czy powrót do źródeł?
Tyle się ostatnio mówi o upadku dziennikarstwa, ale może to zła diagnoza? Może to żaden upadek nie jest, a jeno powrót do źródeł?
Bo jak wyglądała praca dawniejszego reportera w pierwszych poważnych gazetach w XIX wieku na Zachodzie i początkach XX wieku na ziemiach polskich? Toż to żaden prestiżowy zawód nie był, a i same gazety i ich właściciele żadną czwartą władzą nazywani wtedy być nie mogli. Ot, próbowali zarobić na życie, co na przykład w II Rzeczpospolitej tak trudne było, że niewiele tytułów żyło więcej niż 2-3 lata, po czym odchodziły w niepamięć i dziś często niemożliwym jest nawet odnalezienie tych egzemplarzy w bibliotekach czy archiwach.
Dopiero potem, na Zachodzie szybciej a u nas po niesławnym upadku PRL-u media rozrosły się do monstrualnych rozmiarów jakiegoś wszechwiedzącego ni to potwora, ni to mocarza, który już nie tylko wszelką władzę kontroluje, ale i rządy obala. I tak ten wzrost wydawał się być nieskończony, apogeum swoje osiągając chyba koło 1973 roku i afery Watergate. Mądrzy mówią jednak, że co się wznosi, musi kiedyś spaść. Rozbić się jednak wcale nie musi.
MOŻE WIĘC DO ŹRÓDEŁ WRACAMY? Bo po cóż społeczeństwu i dziennikarzom jako takim te wszystkie biurowce olbrzymie, Zarządy Spółek Giełdowych, te samochody służbowe i drukarnie coraz szybciej wypluwające setki tysięcy egzemplarzy gazet, których coraz mniej ludzi czytać chce? Jakież narzędzia miał dziennikarz, reporter pierwszy, poważny? Notes i ołówek (ołówek lepszy jest od długopisu, bo na mrozie nie zamarza, co sam sprawdziłem). Oczywiście świat się zmienia i dziś odpowiednikiem notesu i ołówka będzie notebook z bezprzewodowym Internetem, telefon komórkowy, aparat cyfrowy i dyktafon, ale przecież na jednego człowieka koszt to wielki nie jest. I tak wyposażony dziennikarz, niczym ten jego przodek w zacnym zawodzie, jest w stanie relacjonować, newsy pisać, analizy a takoż felietony smażyć, w dodatku filmem jakimś czy zdjęciem je wzbogacając. Redakcji wielkiej nie potrzebując, budynku, księgowości a i korekty nawet - może pracować na wzór XIX-wieczny.
I tak samoograniczone media przetrwają, swoje dobra wszakże tracąc lub sprzedając innym branżom, a z czasem się znowu wzbogacą, pozycję odzyskają i ludzi zaufanie. Tylko chyba zarabiać mniej będą.
Ziemowit Nowak, 16 lipca 2012 r.
czwartek, 5 lipca 2012
Letnie rozmarzenie
Zaczęło się upalne lato 2025 roku. Reporter portalu jezdzij-jak-chcesz.com dotarł do niezwykłego turysty, pana Romka, mieszkańca naszego miasta. Pan Romek pojechał w tym roku na wczasy nad morze własnym samochodem!
Sąsiedzi, rodzina, znajomi nie mogą się nadziwić. Pan Romek,
zamiast samolotu lub szybkiej kolei postanowił dojechać nad Bałtyk własnym
samochodem. W dodatku zabrał w tę egzotyczną podróż całą rodzinę – żonę Halinkę,
7-letniego synka Jasia i pieska rasy nieznanej, Fafika. – To nie było zwykłe
przemieszczanie się z miejsca na miejsce – zastrzega pan Roman. – Nie dostawaliśmy
na przykład po drodze żadnych napojów czy jedzenia. Trzeba było się zatrzymać,
wysiąść z samochodu, zamknąć za sobą drzwi i coś kupić – opisuje skomplikowaną procedurę
dzielny kielczanin.
Gdzie się zatrzymywali? Okazuje się, że wystarczyła stacja
benzynowa. Na niektórych stacjach wciąż pracują ludzie i mają do sprzedaży coś
na ząb, czasami nawet na ciepło. Ale wygodniej było znaleźć jakąś restaurację.
Kiedy pan Roman podjeżdżał na parking ze swoją rodziną i kelnerzy albo klienci
dowiadywali się, że odbywa podróż nad morze, rodzina normalnie nie mogła
dokończyć posiłku. Wszyscy pytali, skąd ten pomysł, czy to aby bezpieczne tak
jechać samochodem 500 kilometrów w jedną stronę, no i najważniejsze – czy pan
Roman nie ma poczucia, że marnuje czas w aucie zamiast wylegiwać się na plaży.
- Wcale nie żałowałem – od razu tłumaczy pan Roman. – Jeszcze
nikt z moich znajomych nie był samochodem na wczasach, mam co opowiadać. No i
te zdjęcia i filmy, które zrobiliśmy! Za nic by nie wyszły z okna samolotu czy
pędzącego 350 kilometrów na godzinę pociągu – wyjaśnia turysta.
A Państwo, czy odbyliście w swoim życiu jakąś egzotyczną
podróż? Może nie tak ekscytującą i ekstrawagancką, a może nawet ciekawszą?
Podzielcie się z nami swoją relacją.
Redakcja
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Ile euro kosztuje radość z Euro?
Wkurzają mnie te wszystkie wyliczenia, ile to stracimy na Euro 2012, bo inne kraje też "dokładały", więc to się nie opłaca. Pytam się "polskiej marudy": jak idziesz do teatru, kina, cyrku, to inwestujesz, liczysz na zwrot kapitału, czy chcesz się zabawić? Przeliczasz swój śmiech na złotówki (minuta śmiechu - 3 zł 54 grosze)? Dla mnie te wszystkie wyliczenia ekonomistów, "dodatkowy impuls", "dodatkowe wpływy" to pierdykanie kotka za pomocą młotka. Kto przeliczy na złotówki (dolary) emocje, radość, dumę? Tego się w excellu nie zanalizuje. Tak się składa, że UEFA organizuje taką imprezę i UEFI-e trzeba zapłacić. A jak się nie podoba, to chętnych było wielu. Osobiście nie jestem wielkim fanatykiem futbolu, ale Euro 2012 będę oglądał. A z tymi stadionami to nie przesadzajmy - są tylko cztery nowe, w dużych miastach, tak jak na całym świecie. No może Warszawa przegięła budując i Narodowy, i Legii. Tyle. I więcej radości, optymizmu, mniej narzekania
Subskrybuj:
Posty (Atom)